Po raz drugi „Wyspa Szczęśliwych Dzieci”

Kazimierz Ludwiński dotrzymał słowa. W rok po ukazaniu się pierwszego tomu wspomnień nie tylko żeglarskich, do księgarń trafił tom drugi z podtytułem NEL. Czytelnicy przyjęli go równie entuzjastycznie i już dopytują się o ciąg dalszy opowieści. A ta w postaci tomu trzeciego, z podtytułem NOE, ma się ukazać jeszcze pod koniec tego roku.

Kazimierz (ojciec, żeglarz, autor – właśnie w takiej kolejności się przedstawia) to jeden z trójki braci Ludwińskich. W latach 70. sami rzemieślniczym sposobem zbudowali 14-metrowy katamaran. Nazwali go „Wyspa Szczęśliwych Dzieci”. W 1979 roku rozpoczęli swój wielki rejs, który trwał kilkanaście lat. Jak on przebiegał, gdzie docierali, czym się zajmowali, wiemy z pierwszego tomu wspomnień. Tom drugi jest kontynuacją opisu żeglarskiej przygody, ale już w innym składzie załogowym.

W roku 2004 Kazimierz rozpoczął żeglugę z dwójką swoich dzieci i ich mamą Anią. Nel miała wtedy lat sześć, a Noe zaledwie siedem miesięcy. Po ponad półrocznej, wspólnej, rodzinnej żegludze Anna z synem wróciła do kraju. Kazimierz został na katamaranie tylko z córką. We dwoje żeglowali do roku 2007. Wówczas na „Wyspę…” wrócił Noe… – To były cudowne lata – powtarza ze wzruszeniem Kazimierz. – Popłynąłem z dziećmi, bo chciałem czerpać radość z ich dzieciństwa, bo chciałem zajmować się nimi maksymalnie, bo chciałem, aby miały oczy otwarte na świat, na przyjaźń, tolerancję. Wyruszyliśmy razem w drogę, bo to podróże otwierają oczy i serca. Ten ostatni człon zdania jest mottem wspomnień pisanych przez Kazimierza. – Wychodzę z założenia, że nie wolno traktować dzieci jak dzieci – przekonuje Kazimierz. – To są mali ludzie z mniejszym doświadczeniem, ale o potencjale równym dorosłym, dodatkowo bez śmietnika zbędnych informacji.

Na trasie żeglowania była Afryka Zachodnia. Tym samym powrót do wspomnień, do portów i miejsc, gdzie ponad ćwierć wieku wcześniej bracia zaczynali swoją żeglarską i życiową przygodę. To spotkania z ludźmi, którzy ich pamiętali. To opis barwnej codzienności na jachcie i na lądzie. Nel rozpoczęła naukę w lokalnej, afrykańskiej szkole, a potem, gdy opuścili ląd, kontynuowała ją na jachcie w systemie korespondencyjnym. Nauczycielem był ojciec. Na pewno dobrym, bo egzaminy zdawała celująco.

Z Afryki popłynęli na Wyspy Zielonego Przylądka, potem przez Atlantyk do Fortalezy, stamtąd do Gujany Francuskiej, na Karaiby i do paru portów w Wenezueli. Zamieszczone w książce mapki pozwalają dokładnie śledzić trasę. Do tego jest mnóstwo ciekawych zdjęć, znacznie więcej niż w tomie pierwszym. Nie brakuje też bardzo osobistych wyznań, opisów tęsknoty ojca za synem, siostry za bratem i przekonywania żony, by nie rozdzielała dzieci, by pozwoliła im płynąć razem z ojcem. Są fragmenty listów pisanych do żony i malutkiego Noe. Kazimierz bardzo się bał, że syn go zapomni, bo już zaczynał nazywać go tatą Nel. Niezwykle wzruszający jest list pisany przez ojca do trzyletniego synka…

W 2007 roku na „Wyspę Szczęśliwych Dzieci” przyjechała Anna z Noe. Po paru miesiącach zostawiła na jachcie dzieci z ojcem. Razem pływali przez pięć lat. Okrążyli świat. Ojciec z dwójką małych dzieci. A o tym już będzie w tomie trzecim. „Wyspę Szczęśliwych Dzieci” czyta się wspaniale. Nie brak opisu egzotycznych miejsc, spotkań ciekawych ludzi, zabawnych anegdot i autoironii. To książka o urokach żeglowania, urodzie świata, ale przede wszystkim o wielkiej ojcowskiej miłości do dzieci. Mądrej miłości. Przy czytaniu warto mieć chusteczki pod ręką.

Książkę wydało wydawnictwo ZAPOL Sobczyk Spółka Jawna, a współfinansował Urząd Miasta Szczecin.


KRYSTYNA POHL