Zatonięcie statku „Goya” – wspomnienie

Była to i nadal jest największa tragedia morska w dziejach świata. Największa, bo pochłonęła aż 6800 ofiar, dokładnie cztery i pół tysiąca więcej niż powszechnie znana, wielokrotnie opisywana i filmowana katastrofa „Titanica”. W przeciwieństwie jednak do brytyjskiego transatlantyku, który w wyniku przypadkowego zderzenia z górą lodową tonął przeszło dwie godziny, a jego załoga zdążyła spuścić na wody Atlantyku wszystkie posiadane szalupy, statek „Goya”, pełen żołnierzy Wehrmachtu i cywilnych uciekinierów, celowo trafiony został torpedami wystrzelonymi przez radziecki okręt podwodny L-3. Po przełamaniu się na pół jego część dziobowa zatonęła już po czterech minutach, zaś główna część ze śródokręciem po dalszych trzech minutach.

Statek „Goya” był dzieckiem wojny. Jego budowę rozpoczęto w 1939 r., na zamówienie norweskiego armatora Ludwiga Mowinkelsa z Bergen. Wodowanie odbyło się w kwietniu następnego roku, ale najazd hitlerowców na Norwegię spowodował, że gdy tylko stoczniowcy z Akers Mekaniske Verksted w Oslo uporali się z wyposażeniem „Goi”, wojennym prawem zarekwirowali go Niemcy.

Nie był to statek wielki. Jego długość to 132 m, a nośność 10 600 ton, pozwalały zaliczać go do średniej klasy frachtowców. Wcielony do Kriegsmarine został uzbrojony w kilka dział przeciwlotniczych i ciężkie karabiny maszynowe.

Dowództwo morskich sił III Rzeszy zdecydowało, że z początkiem 1943 r. „Goya” rozpoczął swą wojenną służbę jako szkoleniowa baza 24 flotylli U-bootów w Memel (Kłajpedzie). Nie trwało to długo. Gdy jesienią 1944 r. wzrosły potrzeby przewozowe na Bałtyku, statek przekształcony został w transportowiec Kreigsmarine, którego głównym zadaniem był wywóz hitlerowskiego wojska okrążonego przez Armię Czerwoną w Kurlandii, potem zaś żołnierzy i uciekinierów z Pomorza i Prus Wschodnich.

W połowie kwietnia 1945 r. w Gdańsku i Gdyni urzędowały już władze polskie, a oczyszczające walki trwały wokół Elbląga, Kłajpedy i Pilawy. W niemieckich rękach pozostawał jednak Hel z przyległościami, do którego lądową i morską drogą docierały oddziały wojska i tłumy zdesperowanych cywilów, którym nie udało się dotychczas uciec na zachód. Dla nich stojący na redzie transportowiec „Goya” wydawał się zbawieniem. Zwłaszcza że cieszył się on niezłą – jak na owe czasy – renomą. W czterech dotychczasowych rejsach przewiózł on ze wschodu na zachód prawie 20 tysięcy osób (operacja Hannibal). W piątą i ostatnią podróż tego statku zaokrętowano nań 200 nowo przeszkolonych czołgistów, którzy mieli walczyć w obronie Berlina, kilkuset rannych i chorych żołnierzy różnych specjalności, zbędnych już w tym rejonie marynarzy Kriegsmarine, rodziny wyższych rangą oficerów i urzędników hitlerowskiej administracji i wreszcie mniej lub bardziej protegowanych uciekinierów. Wraz z koczującymi na pokładzie oddziałami zdrowych żołnierzy było – jak skrupulatnie obliczyła załoga statku – około 7 tysięcy osób.

16 kwietnia o godz. 23.00 kpt. Joachim Plunnecke dał sygnał do rozpoczęcia rejsu, a tuż za statkiem popłynął również, wypełniony żołnierzami i uciekinierami, o połowę mniejszy „Kronenfels”, następnie holownik „Aegir”, wiozący na zachodni front amunicję i sprzęt wojskowy, a także trałowce M-256 i M-328, stanowiące wojskową ochronę konwoju. W absolutnych ciemnościach, radiowej ciszy i zakazie prowadzenia głośnych rozmów, wszystkie te jednostki powoli okrążały półwysep Hel. Gdy jednak konwój znalazł się na trawersie latarni morskiej Rozewie, jego obecność odkryła załoga patrolującego ten rejon radzieckiego okrętu podwodnego L-3. Rosjanie podpłynęli bliżej i rozpoznali największą jednostkę. Dowódca okrętu Władimir Konowałow wydał rozkaz: atakujemy!

O godz. 23.52 cztery torpedy opuściły wyrzutnię dziobową L-3. Dwie trafiły w cel. Na ciemnym niebie pojawiły się dwa słupy ognia i wody. Jedna torpeda trafiła w część dziobową statku, druga w maszynownię. Huk rozrywających się torped wzmocniła kanonada wybuchów zbiorników z paliwem i magazynu amunicji przeciwlotniczej. Statek przełamał się na pół, część dziobowa zatonęła po trzech minutach, część rufowa po kolejnych czterech. O zorganizowanej akcji ratunkowej nie mogło być mowy. Z 7 tysięcy osób płynących „Goyą” przeżyło zaledwie 180 ludzi, głównie wyższych rangą wojskowych zakwaterowanych na śródokręciu i żołnierzy na pokładzie. Spośród cywilnych uchodźców, stanowiących większość pasażerów „Goi”, uratowały się tylko cztery osoby. Wraz ze statkiem, w odległości 22 km na północ od Rozewia, zatonęło 6800 osób, tworząc największą na świecie nekropolię na morskim dnie.

Dziś miejsce to znajduje się w polskiej strefie Bałtyku. Wrak leży na głębokości ok. 70 m i jest rzadko odwiedzany przez nurków. Ci, którzy otrzymują pozwolenia zejścia pod wodę, mają wyraźne zastrzeżenia: bez prawa wchodzenia do środka wraku. Ofiarom wojny należy się spokój.

 25-1 25-2

HENRYK MĄKA